Serwis Pieniny 24 nie ponosi odpowiedzialności za treść poniższych komentarzy. Redakcja zastrzega sobie prawo usuwania i redagowania
komentarzy nie związanych z tematem, zawierających wulgaryzmy, reklamy i obrażających osoby trzecie
Krościenko- Hałuszowa- Sromowce Wyżne- Sromowce Niżne- Czerwony Klasztor- droga pienińska- granica państwa- Szczawnica- Krościenko
Długość: 30,4 km
Przypuszczalny czas przejazdu : ok. 3 h ale potrafi ze względu na imponujące widoki wydłużyć się do nieskończoności
Nawierzchnia: asfalt, szuter
Trzy Korony widok z kładki w Sromowcach zdjęcie: źródło własne
Opis:
Trasa obowiązkowa. Jeżeli ktoś jest w Pieninach i nie zobaczy przełomu Dunajca, to tak, jakby tu wcale nie był. Najpopularniejszą formą ,,pokonania” rzeki jest oczywiście spływ. Można to zrobić indywidualnie, korzystając z firm oferujących rafting czy tradycyjnie zająć miejsce na flisackiej tratwie. My jednak wybieramy najtańszą, najzdrowszą oraz wcale nie mniej przyjemną formę. Przełom Dunajca pokonujemy rowerem. Wyjeżdżamy z Krościenka ul. Jagiellońską. Po lewej stronie mijamy okazały gmach Pienińskiego Parku Narodowego, a po około 100 metrach, tym razem po prawej, park linowy w starym parku miejskim. Po 5 km skręcamy w lewo do miejscowości Hałuszowa. Tutaj czeka nas pierwszy i ostatni mocniejszy podjazd. Po 2 km wspinaczki wyjeżdżamy na Hale Majerz. Tutaj przechodzi niebieski szlak, którym można dostać się na Trzy Korony. Z hali rozciąga się piękny widok na Gorce, ale prawdziwą nagrodą za wysiłek są Tatry. Skręcamy w lewo zgodnie z tablicą na Sromowce Niżne. Od tego momentu zaczyna się szybka zabawa w dół. Tylko jeden niewielki podjazd ,,psuje” nam uczucie wolności. Asfalt gładki, żadnych dziur, więc spokojnie można położyć się na kierownicy. Zatrzymujemy się, aby poobserwować to, co rozpościera się dookoła i to robi wrażenie. Czas nas nie goni, ale znając nasz problem z długimi postojami wsiadamy na siodełka i jedziemy dalej. Na kolejnym skrzyżowaniu odbijamy w lewo ( zgodnie z tablicą prowadzącą do przystani początkowej spływu Dunajcem).Tutaj nachylenie terenu jest jeszcze większe, chociaż młodość asfaltu minęła już jakiś czas temu i może trząść. Po kilku minutowym zjeździe ,,przytulamy” się do Dunajca i zasuwamy, goniąc się z flisackimi łodziami. Nagle wyłaniają się Trzy Korony. Obowiązkowe zatrzymanie i kilkanaście zdjęć. Docieramy do wybudowanej przed kilku laty kładki w Sromowcach Niżnych i przejeżdżamy n stronę Słowacką do miejscowości Czerwony Klasztor ( dzięki za Schengen). Skręcamy w lewo po około 200 metrach podjeżdżamy pod mury klasztoru. Wchodzimy do środka, szybkie zwiedzanie i kilkanaście zdjęć. Wstęp do muzeum niestety płatny ( 2 euro). Chwila wahania i wybieramy zapiekankę z budy, stojącej przed główną bramą. Podjeżdżamy pod Dunajec, konsumpcja tego czegoś, co jest zapiekanką plus Trzy Korony to połączenie godne mistrzów . Przed nami najciekawsza cześć wycieczki - drogą pienińską przejedziemy cały przełom. Tutaj słowa są zbędne. Przeglądnijcie galerie, a przede wszystkim wybierzcie się sami. Może tylko jednym słowem skomentuje-bajka-.
Przełom to 8 km. wyjeżdżamy w Leśnicy, a stąd już rzut beretem do granicy. Znowu w kraju ścieżką rowerową dojeżdżamy do Szczawnicy. Tak zwaną ścieżką przyjaźni nadal wzdłuż Dunajca do Krościenka.
Czerwony Klasztor zdjęcie: źródło własne
Ocena: + 4
Minusy:
1.W miesiącach wakacyjnych spory ruch na całej trasie
Plusy:
1.Przełom Dunajca !
2.Duża różnica wzniesień co pozwala się pobujać w dół
3.Czerwony Klasztor- trochę historii na trasie zawsze rozwija
Wskazówki :
1.Trasa przebiega przez Słowację warto więc wykupić ubezpieczenie
Serwis Pieniny 24 nie ponosi odpowiedzialności za treść poniższych komentarzy. Redakcja zastrzega sobie prawo usuwania i redagowania komentarzy nie związanych z tematem, zawierających wulgaryzmy, reklamy i obrażających osoby trzecie.
Krościenko- Kras- przeprawa wodna na Dunajcu - Szczawnica- pod kolejką- Krościenko
opis i foto : Jakub Dyda
Długość : ok. 10 km
Przypuszczalny czas przejazdu: ok. 1 h ( teren idealny na piknik, siedzenie i patrzenie w wodę więc czas nie gra tutaj żadnej roli )
nawierzchnia: szuter, asfalt
nieudany spływ zdjęcie: źródło własne
Opis: Trasa bardzo turystyczna. Starliśmy się jednak na tym krótkim odcinku wybrać dla Państwa jak najbardziej interesujące zakątki.Wyjeżdżamy z Krościenka nad Dunajcem z ryneczku ulicą św. Kingi. Po około 2 km wjeżdżamy na teren Pienińskiego Parku Narodowego.,, Tu asfalt się kończy a zaczyna blues” jak śpiewa SDM. Szutrem po lewej stronie mijamy pierwszą z kapliczek. Wjeżdżamy do klimatycznego lasu. Po prawej druga z kapliczek świętej Kingi. Schodzimy z siodełek żeby oglądnąć ją dokładniej. W środku na ścianach inskrypcja.(warto przeczytać). Kilka zdjęć i ruszamy dalej .Po kilkuset metrach dojeżdżamy do fragmentów filaru mostu, zabranego przez Dunajec w 1934 roku. Delikatny zjazd w dół. Wjeżdżamy dosłownie na brzeg Dunajca. Tutaj również warto zatrzymać się na kilka minut. Na skale znajduję się posąg Maryi Panny.Niewielki ołtarzyk. A jeżeli zapomnieliśmy zabrać ze sobą coś do picia, można zaspokoić pragnienie w źródełku. Po prawej stronie skała, po lewej Dunajec i powoli płynące flisackie łodzie.
łodzie używane są przez miejscowych do dzisiaj zdjęcie: źródło własne
Ruszamy dalej; po przejechaniu stu metrów w prawo odbija zielony szlak na Sokolicę. My jedziemy prosto. Ukazują się nam zabudowania. Jedna chałupka zaraz przy drodze, kilka innych rozsianych po łąkach. W głębi dostrzegamy Szczawnicę. Patrząc delikatnie w prawo dumnie stojąca Hukowa Skała. Cały czas jedziemy bitą, dobrą nawierzchnią. I tutaj ważna sprawa - po kilku minutach droga ucieka w prawo, my natomiast jedziemy prosto, również drogą, tylko o znacznie gorszym podłożu. Przed granicą lasu, co jest też bardzo ważne, skręcamy w prawo. Kierujmy się na niewielkie zabudowania przed nami. Po prawej stronie zostawiamy większy dom, z charakterystycznym jachtem, zacumowanym na podwórku. Podjeżdżamy do płotu z wizytówką polskiej miłości dla zwierząt ,,uwaga zły pies” i skręcamy w lewo. Na betonowy słupek oznaczony liczbą 2012 ( na cześć mistrzostw?) wjeżdżamy wąską ścieżką do lasu; odbija ona w prawo i wzdłuż płotu lądujemy na kolejnej polanie. I tutaj znowu schemat się powtarza - ścieżka w lewo, a my razem z nią i znów jesteśmy nad Dunajcem. Za ścieżką trafiamy do przeprawy wodnej i niebieskiego szlaku, którym można wyjść na znaną Sokolicę. Robimy bardzo dużo zdjęć pływającym kaczkom i dajemy machaniem do zrozumienia góralowi, że chcemy dostać się na drugą stronę. Opłata za przewóz to symboliczne 2 złote. Ok. I jesteśmy już na drugiej stronie. Tutaj pojawia się dylemat. Do granicy jest bowiem zaledwie kilkaset metrów. Wybieramy jednak drogę w lewo i śmigamy w stronę Szczawnicy. Po drodze można odwiedzić wystawę w pawilonie Pienińskiego Parku Narodowego (wstęp bezpłatny). Na wysokości przystani flisackiej skręcamy w prawo na ścieżkę rowerową. Biegnie ona wzdłuż Grajcarka ( oddziela ona dwa pasma górskie: Pieniny od Beskidu Sądeckiego). Po około 2 km wyjeżdżamy pod dolną stacją kolejki linowej Palenica. Mostkiem przez Grajcarek. Jesteśmy w centrum Szczawnicy. Wyjeżdżamy spod kolejki stromym podjazdem. Chwila przerwy, wchodzimy na lody do ,,Jacaka”. Kilka minut w kolejce i delektujemy się szczawnickim przysmakiem w miejskim parku. Krótki spacer po alejkach i ulicą Główną obok dworca PKS wracamy do Krościenka (poruszamy się ścieżką przyjaźni wzdłuż Dunajca). KONIEC
miejsce cumowania łodzi zdjęcie: źródło własne
Ocena : 4
Minusy:
1.Brak oznaczeń prowadzących do przeprawy ( bez dokładnego przeczytania opisu można zrobić kilka metrów za dużo szukając właściwego miejsca).
Plusy:
1.Cisza i spokój w Krasie 2.Przeprawa wodna 3.Kilkaset metrów do słowackiej granicy 4.Trasa w większości przebiega ścieżkami rowerowymi
Serwis Pieniny 24 nie ponosi odpowiedzialności za treść poniższych komentarzy. Redakcja zastrzega sobie prawo usuwania i redagowania komentarzy nie związanych z tematem, zawierających wulgaryzmy, reklamy i obrażających osoby trzecie.
Studenckie Schronisko Turystyczne "Chatka pod Niemcową" dawniej zarządzane przez Almatur z Krakowa i studentów Politechniki Krakowskiej, powstało w 1974 roku w chwili wykupienia starego gospodarstwa, jednak pierwsze praca nad renowacją chatki prowadzone były już w 1973 r. Chatka tam ma swą długą i bogatą historię oraz wiele starych znakomitych tradycji. Środowisko chatki ukształtowała kilka pokoleń a trzeba przyznać, że jest to miejce pod tym względem wyjątkowe - nawet w porównaniu z innymi chatkami czy miejscami o podobnym charakterze. Nie jedno serce pozostało tu już na zawsze. Obecnie Niemcowa znajdujące się całkowicie w rękach prywatnych, jednak niezmiennie zachowało swój dawny klimat i dobre zwyczaje. Położone jest w Beskidzie Sądeckim w Paśmie Radziejowej, kilkaset merów od szczytu określanego na większości map jako: Niemcowa, na wysokości ok. 960 m n.p.m. Przysiółek ten nosi nazwę Trześniowego Gronia, zaś miejscowi nazywają to miejsce: "Tymoski" - prócz chatki - znajdziemy tam jeszcze trzy inne gospodarstwa. Administracyjnie należy on do wsi Kosarzyska w gminie Piwniczna, choć nazwa chatki "Niemcowa" sugerowałaby jej przynależnoąć do ryterskiego przysiółka o takiej właśnie nazwie, położonego po drugiej stronie szczytu, nieco bardziej na północ przy czerwonym szlaku do Rytra. Nieścisłość ta wynikła w czasach tworzenia schroniska studenckiego w latach siedemdziesištych, jednak nazwa tak zakorzeniła się w środowisku turystycznym, że nikt już później nie próbował tego zmieniać.
Schronisko tworzą dwie, stojące blisko siebie drewniane chatki kryte gontem, w których łącznie nocleg znajdzie 50 turystów w salach wieloosobowych (w okresie zimowym: 30), ponadto latem możliwe jest rozstawienie koło chatki własnego namiotu, na specjalnie w tym celu przygotowanych platformach.W dolnym, południowo wschodnim narożniku terenu jaki zajmuje chatka, na wiosnę 2007 roku powstała dodatkowa tzw. "Letnia Kuchnia" z której mogą swobodnie korzystać turyści śpiący pod namiotami, a która w zanczący sposób rozładowała często powstajšce zamieszanie w kuchni chatkowej. Chatka czynna jest bez przerwy przez trzy wakacyjne miesiące, ferie oraz we wszystkie weekendy.
Życie koncentruje się w kuchni z ogólnodostępnym piecem, wyposażonej we wszystkie niezbędne sprzęty: dziesiątki kubków, garnki ,sztućce i kto wie co jeszcze? Obok prowizoryczna łazienka, a raczej ustronne miejsce, w którym można za pomocą miski zmyć z siebie kurz cywilizacji. Toaleta zwana dźwięcznie "Fantzją" - oczywiącie na zewnątrz, niedaleko huśtawka i specjalnie przygotowane miejsce na ognisko. Ponadto jedyne w swoim rodzaju pochyłe boisko do siatkówki i ,budzące o świcie stukaniem, rozgrywki przy stołach do "cymbergaja", zwanego tu popularnie "stukanem". W chatce panują stare dobre zwyczaje, niby jest prąd - ale jak ktoś nie szuka to nigdy się o tym nie dowie, wodę trzeba sobie przynieść z pobliskiego źródła, drewno z drewutni i wieczory przy świeczkach. Każdy turysta witany jest kubkiem gorącej herbaty i ciepłym słowem. Władzę absolutną i niepodzielna sprawuje Jurek "Haris", opiekun i dobra dusza chatki. Historię chatki można prześledzić zapoznając się ze starymi chatkowymi kronikami.
Na Trześniowy Groń najkrótsza droga wiedzie z Kosarzysk szlakiem chatkowym (około 45min), niecałe 2h trwa dojście z Piwnicznej-Zdroju żółtym szlakiem, a prawie 3h z Rytra szlakiem czerwonym. Można też spróbować swych sił zdobywając chatkę od strony zachodniej przez Wielki Rogacz z Jaworek czy Szczawnicy (około 3 - 4h). Z werandy roztacza się przepiękna panorama pasma Jaworzyny Krynickiej i dolinę Popradu a w pogodne dni zobaczyć można nawet odległe o ponad 100km. szczyty Volovskych Vrchov na Koszycami. Zaś podchodząc kawałek przez polanę pod las - szczególnie rankiem - można podziwiać widok na zachód wraz z piękną panoramą Tatr.
Z Niemcowej łatwo osiągniemy szczyt Wielkiego Rogacza (1182m.) niewiele dalej jest na Radziejowš (1262m.) - najwyższy w Beskidzie Sądeckim. Poza tym z powodzeniem można wybrać się stąd na wycieczkę w Pieniny do Jaworek, zahaczając po drodze rezerwaty "Homole" i "Biała Woda",w ostępy dolin Małej i Wielkiej Roztoki, rezerwat "Baniska", na graniczną Eliaszówkę czy w prawie dziewicze tereny L'ubovnianskiey Vrchoviny po drugiej stronie granicy.
Turyści wybierający się z Niemcowej na dalsza wędrówkę w kierunku zachodnim mają do wyboru Studencką Bazę Namiotową "Pod Wysoką" w Jaworkach, bądź schronisko PTTK pod Bereśnikiem a dysponujšc większa ilością czasu nawet krakowską Bazę Namiotową na Lubaniu. Nieodległe schronisko na Przechybie, raczej nie jest obiektem godnym polecenia prawdziwym wędrowcom. W kierunku wschodnim najbliższy, godny polecenia, nocleg znajdziemy na Cyrli bądź na drugiej Bazie Namiotowej SKPB Łódź w Muszynie Złockim. Ponadto wspomnieć również należy dwa inne schroniska w paśmie Jaworzyny, należące do PTTK na Hali Łabowskiej i nad Wierchomlą.
"Chatka Pod Niemcową"
Baza Noclegowo - Turystyczna
Trześniowy Groń 5
33-350 Piwniczna - Kosarzyska
SZLAK CZERWONY : Krościenko - Lubań- Przełęcz Knurowska - Turbacz
( czas przejścia 9 h)
Szlaki piesze z NOWEGO TARGU:
SZLAK ŻÓŁTY: Kowaniec - Bukowina Miejsca - Kaplica Papieska - polana Wisielakówka - schronisko na Turbaczu
(najłatwiejsza droga dojścia na Turbacz, prowadząca łagodnym duktem przez las i gorczańskie polany. Wejście zajmuje około 2,5 godziny).
SZLAK ZIELONY: Kowaniec - Długa Polana - polana Upłaz - polana Sralówki - polana Długie Młaki - schronisko na Turbaczu(najkrótsza droga z Nowego Targu na Turbacz. Bardziej widokowa niż szlak żółty - ale też i bardziej męcząca, szczególnie w początkowym odcinku. Wejście zajmuje około 2 godzin).* * * * * * *
Szlaki piesze z RABKI-ZDRÓJ:
SZLAK CZERWONY: Rabka - Tatarów - Bacówka PTTK na Maciejowej - Jaworzyna Ponicka - schronisko PTTK Stare Wierchy - Groniki - Obidowiec - polana Rozdziele - Turbacz - schronisko na Turbaczu(fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego, prowadzący przez dwa schroniska i szczyt Turbacza. Wejście zajmuje około 4,5 godziny).* * * * * * *
Szlaki piesze z ŁOPUSZNEJ:
SZLAK NIEBIESKI: Łopuszna - Zarębek Średni - Zarębek Wyżni - Bukowina Waksmundzka - schronisko na Turbaczu(malowniczy i dość długi szlak z Łopusznej. Wejście zajmuje około 3,5 godziny).* * * * * * *
Szlaki piesze z KONINEK
SZLAK NIEBIESKI: Koninki - polana Szałasiska - polana Średnie - Czoło Turbacza - schronisko na Turbaczu
(dosyć krótkie i strome wejście na Turbacz, konkurencyjne do trasy przez Tobołów. Zajmuje około 2,5 godziny).
SZLAK ZIELONY (końcówka szlakiem czerwonym): Koninki - wyciąg Tobołów - Suchora - Obidowiec - schronisko na Turbaczu
(najszybsza droga na Turbacz: wjazd wyciągiem na Tobołów, następnie szlakiem zielonym na Obidowiec i szlakiem czerwonym do schroniska na Turbaczu. Całość zajmuje około 1,45 godziny).* * * * * * *
Szlaki piesze z NIEDŹWIEDZIA
SZLAK ZIELONY: Niedźwiedź - “Orkanówka” - Turbaczyk - Wierch Spalone - Kopieniec - Czoło Turbacza - schronisko na Turbaczu(długa i piękna trasa, prowadząca obok muzeum Wł. Orkana i grzbietem rozdzielającym doliny Poręby i Koniny. Całość zajmuje około 4,5 godziny).* * * * * * *
Szlaki piesze z OBIDOWEJ
SZLAK BEZ ZNAKÓW (od Rozdziela czerwony): Obidowa - Lepietnica - polana Spalone - polana Rozdziele - schronisko na Turbaczu(szlak prowadzący w większości bez znaków, przez typowo gorczańskie polany z szałasami. Wejście zajmuje około 2 godzin).* * * * * * *
Szlaki ROWEROWE
Rowerzyści, którzy chcą do nas dotrzeć, mają do wyboru jedną z kilku tras:
RABKA - Stare Wierchy - Obidowiec - schronisko na Turbaczu
LUBOMIERZ - Rzeki - Papieżówka - Polana Jaworzyna Kamienicka – Polana Gabrowska – schronisko na Turbaczu
OCHOTNICA - przełęcz Knurowska- Zielenica- Kiczora – schronisko na Turbaczu
Muzea. Sala pamięci ruchu turystycznego w Pieninach
25/02/2010 17:29:20
Sala pamieci pienińskiego ruchu turystycznego znajduje się przy schronisku PTTK Orlica w Szczawnicy. Klucz do sali znajduję się w schronisku, bez żadnego problemu można podziwiać zgromadzone eksponaty. Najstarsze pochodza jeszcze z okresu, kiedy organizowaniem turystyki w Pieninach zajmowało się Towarzystwo Tatrzańskie.
Nie wiem, co bardziej spowalniało mój marsz - droga biegnąca raz w górę, raz w dół czy piękne panoramy otwierające się na każdym zakręcie...
Po raz pierwszy wybrałem się sam na górskie szlaki, i to w dodatku tam, gdzie nigdy jeszcze nie byłem - w Pieniny. Marzył mi się nocleg w schronisku, więc zarezerwowałem pokój w Trzech Koronach w Sromowcach Niżnych. Nie zniechęciły mnie nawet ceny, dwa razy wyższe niż w dobrej kwaterze agroturystycznej. Niestety, na miejscu okazało się, że cały obiekt zajęła duża grupa i kierownik znalazł dla mnie nocleg we wsi (bardzo przyzwoity pokój z łazienką i przylegającym doń dużym tarasem, z którego mogłem podziwiać majestatyczne szczyty Trzech Koron).
Same Sromowce, choć ciche i spokojne, zatraciły swój dawny charakter - na miejscu chałup wyrosły murowane domy bez wyrazu, jakie można spotkać wszędzie. Drewniany kościół św. Katarzyny z XVI w., od lat nieużywany, zmienił się niemal w ruinę. Na szczęście jest teraz remontowany i miejmy nadzieję, że nie skończy się tylko na pokryciu dachu nowym gontem. W roku 2006, po prawie stu latach starań, Sromowce Niżne i leżący po słowackiej stronie Dunajca Czerwony Klasztor połączyła nowoczesna kładka dla pieszych i rowerzystów - podwieszono ją na linach zamocowanych na wysokim na 26 m pylonie.
Skręciłem z kładki w lewo i wkrótce dotarłem do klasztoru, od którego nazwę wzięła pobliska wieś. Obronny mur otacza budynki kryte czerwoną dachówką (całość najlepiej podziwiać z góry, np. z Trzech Koron). Kompleks wybudowano w XIV w. dla kartuzów, którzy przebywali tu do połowy XVI w. Obecny barokowy kształt nadali mu kameduli sprowadzeni w 1711 r. Do dziś krążą na wpół legendarne opowieści o żyjącym w owych czasach bracie Cyprianie, który nie tylko świetnie znał się na leczeniu, ale też potrafił na skonstruowanej przez siebie lotni przelecieć z Trzech Koron na dziedziniec klasztorny. Ponoć gdy przelatywał nad Morskim Okiem, został zamieniony w górę, która od tej pory nosi nazwę Mnich. Pewne jest natomiast, że posiadł sporą wiedzę botaniczną, o czym świadczy jego zielnik (przechowywany w muzeum w Łomnicy Tatrzańskiej).
Mnichów nie ma w Czerwonym Klasztorze od 1780 r. (kiedy to cesarz Józef II rozwiązał wszystkie zakony), obecnie ma tu siedzibę dyrekcja Słowackiego Pienińskiego Parku Narodowego. Można też zwiedzić niewielkie muzeum gromadzące zbiory etnograficzne i farmaceutyczne. Najcenniejszym zabytkiem jest kościół św. Antoniego, który zachował swój pierwotny, gotycki charakter.
Nazajutrz wcześnie rano wyruszyłem w góry z zamiarem zdobycia najbardziej popularnych szczytów Pienin - Trzech Koron (982 m n.p.m.) i Sokolicy (747 m). Kierując się żółtym szlakiem, dość szybko dotarłem do Wąwozu Szopczańskiego. Szedłem sam, w ciszy potęgowanej przez zalegającą grubymi warstwami mgłę. Jednak nie było mi dane zbyt długo cieszyć się spokojem. Na przełęczy Szopka (780 m) powitały mnie promienie słoneczne i... duża grupa młodzieży szkolnej wspinającej się od strony Krościenka. Na szczęście szliśmy w przeciwnych kierunkach! Później minęły mnie jeszcze trzy wycieczki - zrozumiałem, że na samotność nie mogę liczyć.
Na Sokolicę postanowiłem wspiąć się niezbyt popularnym zielonym szlakiem przez Czertezik. Na samym szczycie natknąłem się na kolejną wycieczkę, ale dzieci dość szybko zeszły w dół i mogłem do woli kontemplować rozległe widoki na dolinę Dunajca oraz podziwiać obfotografowaną przez wszystkich słynną karłowatą sosnę. Ta przyjemność nie jest bezpłatna - pan w budce przed galerią widokową pobiera opłaty za wstęp: 4 zł bilet normalny, 2 zł ulgowy (jeśli tego samego dnia zamierzamy wejść na Trzy Korony, zachowajmy bilet, wejdziemy z nim i na tamtejszą galerię).
Wracałem niezwykle malowniczym niebieskim szlakiem przez tzw. Sokolą Perć. Sam nie wiem, co bardziej spowalniało mój marsz - ścieżka biegnąca raz w górę, raz w dół czy piękne panoramy otwierające się prawie na każdym zakręcie. Karta aparatu szybko się zapełniała i gdy dotarłem na Bajków Groń (716 m n.p.m.), musiałem sięgnąć po nową. Spotkałem tam starszą gaździnę sprzedającą oscypki, maślankę i kompot (dałem się namówić na ten ostatni). Oddalając się w kierunku Trzech Koron, przez chwilę żałowałem, że nie zapytałem, jak wniosła na taką wysokość kilka baniek z napojami?
Od polany Wyrobek niebieski szlak pnie się ostro pod górę. Zanim dotarłem do Zamku Pienińskiego, musiałem kilka razy schodzić z drogi, by przepuścić kolejne wycieczki.
Niewiele zostało z najwyżej położonej polskiej warowni, prawdopodobnie wzniesionej przez Bolesława Wstydliwego w drugiej połowie XIII w. Nie ma też już chaty, którą zamieszkiwali pustelnicy opiekujący się grotą błogosławionej Kingi i prowadzący surowy tryb życia (m.in. sypiali w trumnie) - spłonęła w 1949 r. Pozostał piękny widok, cisza i spokój. Zjadłszy kanapki i nacieszywszy się urodą tego miejsca (przez 20 min nikt się nie pojawił), ruszyłem żwawo w kierunku Trzech Koron.
Przed samym szczytem - po okazaniu biletu - zostałem wpuszczony na platformę widokową. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by ją postawić w Parku Narodowym, ani kto wydał zezwolenie na stalową konstrukcję tak niepasującą do krajobrazu (wręcz go szpeci!). Na szczęście pocieszył mnie jeden z najpiękniejszych widoków, jakie dane mi było ujrzeć w życiu. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć, szczególnie jesienią, gdy lasy w dolinach stają się bajecznie kolorowe. Widać było nie tylko Sromowce i Czerwony Klasztor, ale także Jezioro Czorsztyńskie. Do Sromowców wróciłem zielonym szlakiem przez Polanę Kosarzyska. Jest to mniej ciekawa droga niż przez Wąwóz Szopczański, ale i mniej uczęszczana - schodząc, nie spotkałem żywego ducha.
***
Następny dzień przeznaczyłem na zwiedzenie Małych Pienin. Nazwa jest nieco myląca, ponieważ jest to najwyższe pasmo w Pieninach, natomiast mniej popularne niż Trzy Korony i Sokolica. Z niewielkiej miejscowości Jaworki, zamieszkanej niegdyś przez Łemków, można udać się do dwóch rezerwatów - wąwozu Homole i Białej Wody. Postanowiłem zacząć od tego drugiego.
W samych Jaworkach zachowało się sporo drewnianej zabudowy, a i nowo powstające domy nawiązują do tradycji. Warto zobaczyć ciekawy ikonostas oraz polichromie w pochodzącej z końca XVIII w. murowanej cerkwi (obecnie kościół katolicki).
Zostawiłem auto na ostatnim parkingu we wsi (godzina - 2 zł) i wśród otulającej cały świat mgły wyruszyłem w kierunku rezerwatu (poza sezonem nikt nie pobiera opłat za wstęp). Prawie bezludna dziś dolina Białej Wody przed wojną była dość gęsto zamieszkana, tutejsi Łemkowie zostali wysiedleni w ramach akcji "Wisła". Gdzieniegdzie można jeszcze dojrzeć obrysy domów i dziczejące sady. W każdym ważniejszym miejscu znajdują się świetne tablice informacyjne, dzięki którym moja wiedza z historii, geologii i przyrody znacznie się poszerzyła.
Fantazyjne kształty skał robią wrażenie zarówno gdy mijamy je, przechodząc obok, jak też gdy patrzymy na nie z góry. Dlatego warto wejść żółtym szlakiem ponad dolinę Białej Wody w kierunku przełęczy Rozdziela i spojrzeć z tej perspektywy na przebytą drogę. Na mnie największe wrażenie zrobiła Smolegowa Skała, której kształt przywodzi na myśl śpiącego dinozaura.
Na górze zamieniłem szlak żółty na niebieski i poszedłem wzdłuż słupków granicznych w kierunku Wysokiej. Droga nie była trudna, ale nie szedłem zbyt szybko - mgła wreszcie opadła, wyszło słońce i odsłoniły się piękne widoki. Co chwila sięgałem po aparat, by uwiecznić kolorowe lasy z prześwitującymi wśród drzew białymi ścianami skał wapiennych. Tak, jak sobie wymarzyłem, byłem w górach zupełnie sam, tylko od czasu do czasu mijali mnie inni samotni wędrowcy, niektórzy zatrzymywali się na chwilę, by zamienić kilka słów...
***
Wędrówka, choć niezbyt uciążliwa, zajęła mi tyle czasu, że nie wszedłem już na Wysoką, tylko zielonym szlakiem podążyłem w kierunku Jaworek. Schodziłem nieśpiesznie, bo jesienne trawy bywają zdradliwie śliskie i choć wędruję z kijkami, poślizgnąłem się i wylądowałem na plecach. Przed zejściem do wąwozu Homole na chwilę zboczyłem z trasy skuszony reklamą bacówki sprzedającej świeży bundz i oscypki. Niestety, tego pierwszego już nie było, a za niewielki kawałek oscypka bezzębny baca zażądał 15 zł. Cóż, specjalnie nadłożyłem drogi, więc z ciężkim sercem dokonałem zakupu.
Kusił mnie też obiad w karczmie nieopodal górnej stacji wyciągu, ale - z braku czasu - zawróciłem, by zielonym szlakiem ruszyć do wąwozu Homole. Bardzo byłem ciekaw, jak prezentuje się jedna z największych atrakcji Pienin.
Na początku było rzeczywiście pięknie, zachwycił mnie widok dużego stada owiec skubiącego trawę tuż pod malowniczymi skałami zwanymi Kamiennymi Księgami. Lecz już za chwilę czar prysł, gdy okazało się, że niemal cała droga przez wąwóz wyłożona jest stalowymi podkładami i mostkami. Może jest to trwała i bezpieczna konstrukcja, ale jakże szkodzi pięknu natury...
W minorowym nastroju zszedłem do Jaworek. Czujny właściciel parkingu precyzyjnie wyliczył czas mojego pobytu w górach - ale spuścił z ceny i jeszcze sympatycznie porozmawiał. Obiad zjadłem już w Szczawnicy w restauracji Halka przy ul. Głównej 2 (wygląd, obsługa i karta dań jak z późnego PRL, za to rzeczywiście tanio).
Urokowi jesieni w Pieninach ulegali już Matejko, Prus, Sienkiewicz. Przyjeżdżali do Szczawnicy nie tylko po to, aby napić się leczniczych wód. Kto raz tu był, nie zapomni wędrówki wzdłuż Dunajca o zmierzchu i mgieł unoszących się wtedy nad wodą. Ale przecież nie tylko artyści potrzebują zadumy...
***
Pieniny najbardziej lubię poza sezonem. W październiku i listopadzie nie jest tu już tak tłoczno, a widoki - najpiękniejsze. Nie trzeba czekać w długiej kolejce, aby wejść na Trzy Korony. Można w końcu odnaleźć to, po co wielu ludzi jeździ w góry: spokój. Niepowtarzalny klimat tych niewielkich gór dostrzegli już w 1828 r. Węgrzy - Józefina i Stefan Szalayowie. Kupili góralską wieś Szczawnicę i niewielkie urządzenia zdrojowe, dzięki którym Słowak Jan Kutschera butelkował tu od kilku lat wodę mineralną na sprzedaż. Szalayowie zarządzili odwierty nowych źródeł, poszerzyli stare ujęcia, powiększyli park i wybudowali obiekty uzdrowiskowe. Ich syn Józef Stefan zadbał o promocję, wydając w 1857 r. pierwszy przewodnik po Szczawnicy i "Album Szczawnicki" z własnymi rysunkami. Z jego inicjatywy odbył się też pierwszy spływ Dunajcem, przy muzyce góralskiej. Dwa z tryskających tu źródeł do dziś noszą imiona Stefan i Józefina na cześć rodziców Józefa Szalaya.
Tej jesieni zatrzymaliśmy się jednak w leżącym kilka kilometrów dalej Krościenku założonym przez Kazimierza Wielkiego. Przez 12 lat było połączone administracyjnie ze Szczawnicą, niezależność uzyskało w 1982 r.
W Krościenku nietrudno o nocleg. Nawet jeśli na płocie nie wisi tabliczka z napisem: "Wolne pokoje", warto zapukać i zapytać. W najgorszym wypadku, po krótkiej pogawędce, zostaniemy skierowani do sąsiada. Tak właśnie trafiliśmy do uroczego kamienno-drewnianego domu, z czujnym pudelkiem Brutusem i ciekawskimi kurami kręcącymi się po ogrodzie.
Krościenko wybraliśmy nie tylko z powodu tanich i przytulnych noclegów (poza sezonem od 20 zł za łóżko). Zdecydowało jego położenie - to najlepszy w tym regionie punkt wypadowy w góry. By znaleźć się na szlaku, nie trzeba nigdzie dojeżdżać busami. Chcesz wejść na Trzy Korony? - skręć z rynku w lewo. Znudziły ci się pienińskie wapienne pasma? - skręć w prawo na Lubań (już w Gorcach), a zobaczysz zupełnie inne widoki. W Krościenku bowiem przecinają się Pieniny, Gorce i Beskid Sądecki.
Zanim wyjdziemy na szlak, wpadnijmy na domowe lody w rynku. Podobno ich smak nie zmienił się od 30 lat i wciąż ten sam cukiernik przez szklane okienko podaje tradycyjne wafelki, z dokładnie odważonymi na specjalnej wadze porcjami. Do wyboru - kakaowe, śmietankowe, jagodowe, truskawkowe, z prawdziwymi owocami.
Rynek ma w sobie spokój sycylijskich miasteczek, choć architektura jest tu zupełnie inna - dominują charakterystyczne góralskie skosy i spadziste dachy. Szczególnie ciekawe są stare, drewniane domy w południowej części. Blisko stąd do XIV-wiecznego kościoła Wszystkich Świętych z polichromiami przedstawiającymi sceny z życia św. Barbary, które odkryto przypadkiem dopiero w ubiegłym stuleciu.
***
Zaczynamy od klasycznej trasy na Trzy Korony (982 m), mijając po drodze pobielaną kapliczkę św. Rocha z 1710 r., postawioną dla odwrócenia morowej zarazy, która niemal wyludniła Krościenko. Początkowo podejście jest dość strome, ale kiedy przejdzie się kamienistą drogę, nagrodą jest widok z góry na fragment doliny Dunajca i panoramę miasteczka. Dalej idzie się już łatwo, trochę jak po alejkach parkowych. Założony w 1932 r. Pieniński Park Narodowy był pierwszym parkiem narodowym w Polsce. Latem przy szlaku na Trzy Korony siedzi opatulona w chustkę babcia, sprzedając kompot i zsiadłe mleko. Dziś jej tu nie ma - może jesteśmy za wcześnie, a może o tej porze roku brak chętnych na zimne napoje? Przystanek robimy niedaleko Pienińskiego Potoku. Można zanurzyć dłonie w źródełku i spróbować krystalicznie czystej wody.
Żółty szlak prowadzi nas prosto na Trzy Korony - pięć wapiennych skał wygląda z daleka jak z bajki o potworach zaklętych w kamienie. Trzy najwyższe to Okrąglica, Ganek i Pańska Skała. Taras widokowy zbudowano tylko na Okrąglicy. Nie jest duży, czasem trzeba czekać na wejście. Tym razem jednak jest tylko para zakochanych i ojciec z kilkunastoletnim synem. Sprzeczamy się, czy XVIII-wieczny mnich brat Cyprian z Czerwonego Klasztoru rzeczywiście skoczył z Trzech Koron i przeleciał nad Dunajcem, chcąc wypróbować skonstruowane przez siebie drewniane skrzydła. Jutro wybieramy się na Słowację, gdzie spróbujemy się dowiedzieć czegoś więcej o tym słynnym zakonniku aptekarzu z klasztoru kamedułów. "Zielnik Brata Cypriana z Czerwonego Klasztoru" (wyd. PAN 1991) w opracowaniu Zofii Radwańskiej-Paryskiej zawierający opis 282 roślin z rejonu Tatr i Pienin przechowuje Muzeum Narodowe w Bratysławie. Jego biografia zainteresowała także filmowców. Słowacka reżyserka Mariana Cengel-Solcanska przeniosła na ekran niezwykłą historię mnicha. Film "Lietajuci Cyprian" ma wejść do kin w przyszłym roku, jedną z głównych ról zagra Paweł Małaszyński.
Do Krościenka wracamy niebieskim szlakiem przez Zamkową Górę (779 m). W tym niedostępnym miejscu w XIII w. zbudowano zamek. Podobno wzniósł go dla swej żony Kingi Bolesław Wstydliwy, ona zaś znalazła tu schronienie przed Tatarami. Dziś oprócz ruin dawnej komnaty, pozostał 90-metrowy mur obronny. Wchodząc na punkt widokowy po mokrych od deszczu metalowych szczeblach, zastanawiamy się, w jaki sposób udało się budowniczym wznieść ogromną warownię tak wysoko. Nie jest to najwyższe wzniesienie w Pieninach, ale od przepastnej doliny rozciągającej się pod Zamkową Górą trudno oderwać wzrok. Łatwo zrozumieć, dlaczego to skłaniające do kontemplacji miejsce upodobali sobie pustelnicy. Na początku ubiegłego wieku stał tu drewniany domek, w którym kolejno zamieszkiwali. Ostatnim pustelnikiem był Wincenty Kasprowicz. Spędził w tym miejscu ponad 20 lat, śpiąc w wieku od trumny. Wyprowadził się, kiedy w 1949 r. piorun spalił chatkę. Żartujemy, że uznał pożar za boski znak, aby powrócić do świeckiego życia. W tym miejscu lepiej jednak nie dowcipkować - tuż przy zejściu z drabinki obok kapliczki stoi posąg świętej. Patrzy srogo, jakby chciała, byśmy uszanowali tajemnice tych gór.
Idąc niebieskim szlakiem, przechodzimy przez kolonię buków - na ziemi dywan z brązowych liści. Buki rosną też dalej, na żółtym szlaku prowadzącym w dół do Krościenka.
Kolację jemy w restauracji Przełom, kiedyś pierwszej mordowni Podhala - spotykali się tu flisacy po skończonym spływie. Na ścianach kilka sporych poroży, blisko baru stoi ogromny wypchany wilk, podobno ten sam od 20 lat. W karcie duży wybór tradycyjnych dań, jak placek po zbójnicku, kluski, kwaśnica.
***
Wstajemy o świcie - dzisiejsza trasa będzie najdłuższa z zaplanowanych, a jesienią zmrok zapada szybko. Zaczynamy od podejścia z Krościenka na Sokolicę (747 m). Mamy szczęście, że ostatnio nie padało, bo szlak jest bardzo stromy i śliski. Na samej Sokolicy można się chwycić zabezpieczających barierek, a podchodząc do krawędzi, lepiej ich nie puszczać - kiedy spojrzymy w dół, może zakręcić się w głowie. Do końca października za wejście na Sokolicę trzeba zapłacić, podobnie jak na Trzy Korony (jeśli chcemy zdobyć je w ciągu jednego dnia, wystarczy jeden bilet za 4 zł lub ulgowy za 2, od listopada do kwietnia wstęp wolny). Urzekający jest stad widok na przełom Dunajca, który z tej wysokości wygląda jak wijąca się niebieska wstążka.
Ten kamienny szczyt warto odwiedzić także dla rosnącej tu sosny reliktowej. Samotne drzewo wystaje ze skały, jakby przyglądało się płynącym potokiem tratwom (najczęstszy motyw na pocztówkach z Pienin). Schodzimy w dół do Szczawnicy, zastanawiając się, czy uda nam się pokonać Dunajec. Na szczęście od kwietnia do końca października działa tutaj przeprawa - przepłynięcie tratwą na drugi brzeg kosztuje 1,5 zł (dzieci do lat dziesięciu - 80 groszy). Z przystani wychodzimy na asfaltową drogę i mijamy turystyczne przejście graniczne ze Słowacją. Trasa zwana Drogą Pienińską służy głównie jako ścieżka rowerowa - przyjemnie nią iść po stromym podejściu na Sokolicę. Przyglądamy się skale zwanej Wylizana, która wznosi się bardzo stromą ścianą ponad dno Leśnickiego Potoku. Jej dziwna nazwa pochodzi stąd, że ma kilka nieckowatych wgłębień wymytych przez wodę, co w góralskiej gwarze określa się mianem "wylizanie". Trasa prowadząca wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru jest niezmiernie malownicza. Wysokie kamienne skały wyrastają jakby wprost z potoku. Ta 9-kilometrowa droga to jednocześnie trasa spływu przez płynący pod nią Dunajec. My pokonujemy ją pieszo, patrząc, jak wartki nurt niesie tratwy płynących z przeciwka flisaków.
W Czerwonym Klasztorze zaczynamy od słowackiego piwa w kawiarni na dziedzińcu. Dawny klasztor kamedułów podupadł, ale wciąż robi wrażenie. Na obszernym podwórcu zachowały się kamienne ruiny kilku eremów. Pobielany domek przeora odbudowano na oryginalnych fundamentach, więc można zwiedzić piwnice. Jedyny w całości zachowany domek z dormitorium i oratorium stoi przy kościele św. Antoniego. W środku cela poświęcona aptekarskiej działalności braci - stara waga, buteleczki, przyrządy do sporządzania mikstur, na ścianach wiszą suszone zioła. W klasztorze mieści się muzeum ze zbiorami sztuki sakralnej, a także etnograficznymi z Zamagurza Spiskiego. Z dziedzińca widać piętrzące się za murami góry - z tej perspektywy Trzy Korony wyglądają najlepiej.
Kilka lat temu podobna pętla z Krościenka przez Czerwony Klasztor i z powrotem nie byłaby możliwa, chyba że wpław przez Dunajec. Dzięki traktatowi z Schengen i kładce łączącej Słowację ze Sromowcami Niżnymi szybko można znaleźć się po polskiej stronie. Robi się coraz później, więc rezygnujemy z herbaty w drewnianym schronisku u wylotu doliny Potoku Szopczańskiego. Idąc w górę, trafiamy na łąkę, gdzie baca sprzedaje oscypki. - Owcze? - pytam naiwnie, bo przecież wkoło pasą się tylko krowy. - Miesane, poni, miesane - odpowiada bez zająknięcia.
Widać już Wąwóz Szopczański. Ta jedna z najciekawszych dolinnych tras turystycznych w Pieninach ma w sobie coś z atmosfery "Pikniku pod Wiszącą Skałą" Petera Weira. Kamienisty wąwóz i wysokie strome ściany w połączeniu z przedwieczorną mżawką sprawiają, że rozglądamy się na boki, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że wysokie skały to istoty obdarzone duchem. Wchodzimy do cienistego lasu, przez który prowadzi kręta droga aż do przełęczy Szopka. Jesteśmy już na znanej nam polanie, którą wczoraj przecinaliśmy przed podejściem na Trzy Korony. Dopiero teraz dostrzegamy trochę już wyschnięty gwiaździsty dziewięćsił, którego kwitnienie zwiastuje nadejście jesieni. Jego pierzaste liście tworzą niezwykłą rozetę. W tej okolicy rośnie też dużo rzadszy aster alpejski, pozostałość tundry z epoki lodowcowej. Kiedy dochodzimy do Krościenka, zapada zmierzch. Nasza dzisiejsza trasa była trochę zbyt ambitna - przez dziesięć godzin (z przystankami) przeszliśmy 21 km. Następnego dnia, łamiąc postanowienie, że będziemy poruszać się tylko pieszo, jedziemy busem do Niedzicy.
Ta wieś w Pieninach Spiskich szczyci się okazałym zamkiem. Potężne mury wzniesione na początku XIV w. przez węgierskiego rycerza Berzeviczy'e kryją niejedną tajemnicę. Najbardziej poruszająca jest historia związana z tzw. testamentem Inków. W XVIII w. Sebastian Berzeviczy'e poślubił na emigracji w Peru peruwiańską szlachciankę. Ich córka Umina wyszła za mąż za bratanka ostatniego potomka rodu Inków, Tupaca Amaru. Niedługo potem małżonkowie musieli uciekać do Europy. Żądni złota hiszpańscy najemnicy dopadli ich jednak i tutaj. Jego zasztyletowali w Wenecji, Uminę zamordowali w Niedzicy, gdzie uciekła z synem. Sebastian adoptuje wnuka, a informacje o skarbie zatopionym w Andach, który jest częścią spadku chłopca, ukryto na terenie warowni. W 1946 r. pod stopniem schodów prowadzących do zamku górnego znaleziono ołowianą tuleję zawierającą pęk rzemieni z kipu, węzełkowym pismem Inków. Inkaskiego szyfru nikt jednak nie zdołał odczytać. Na rozwikłaniu tajemnicy szczególnie zależało potomkowi rodu Andrzejowi Beneszowi. Zginął on jednak w wypadku samochodowym, co ma jakoby świadczyć o klątwie inkaskich kapłanów...
Spacerujemy nad leżącym nieopodal Zbiornikiem Czorsztyńskim (powstał w latach 90. XX w.), podziwiając stąd Tatry, które przy tak dobrej pogodzie jak dzisiejsza przypominają imponującą rozmachem fototapetę. Na brzegu jeziora cumuje statek wycieczkowy "Biała Dama", którym można popłynąć w kilkukilometrowy rejs. My, chcąc pogłębić naszą wiedzę o węgierskiej historii regionu, wybieramy się na Polanę Sosny. Stoi tu modrzewiowy dwór przeniesiony z Grywałdu, gdzie próbujemy dań kuchni węgierskiej, nawiązującej do dworskiej tradycji sprzed stu lat. Pyszna jest zupa rybna halaszle i kołduny w rosole. Warto też zamówić kotlety debreczyńskie z pikantnymi kabanosami, a na deser orzechowe naleśniki a la Gundel (niektórzy przyjeżdżają na obiad aż z Krakowa) - wszystko przygotowane pod czujnym okiem szefa kuchni Krzysztofa Ciężobki.
Przed powrotem do Krościenka wpadamy na targ. W każdy poniedziałek zjeżdżają się nań góralki z całej okolicy. Można kupić bundz, świeże jajka i ciepłe kapcie. Obowiązkowo trzeba się potargować, albo choć zamienić kilka słów, bo ludzie są tu rozmowni i serdeczni. Od jednego ze sprzedawców dowiedziałam się o pochodzącym ze Szczawnicy, nieżyjącym już miejscowym pisarzu noszącym dźwięczne nazwisko Michał Słowik-Dzwon, który całą swoją twórczość poetycką i dramaturgiczną poświęcił Pieninom. W internecie znalazłam taką oto strofę pienińskiego poety: "Pieniny, one kcą miłości... To trza je miłować jak swe młode roki...".
Samochodem: Kluszkowce znajdują się na trasie Krościenko- Nowy Targ ( 18 km od Nowego Targu).
Pociąg: najbliższa stacja PKP w Nowym Targu
PKS: linia Nowy Targ – Krościenko ( przystanek Kluszkowce)
Kluszkowce Wdżar:
nazwa
długość
przepustowość
trasa
oświetlenie
kolej linowa
550 m
1200 os./h
niebieska i czerwona
tak
wyciąg 1
460 m
700 os/h
niebieska
tak
wyciąg 2
680 m
900 os/h
niebieska i czerwona
tak
wyciąg 3
90 m
500 os/h
ośla łączka
tak
Ceny:
System kart punktowych : ( kaucja 20 zł): 10 pkt.-1 zł.
Wyciąg 1 - 1 przejazd- 10 pkt.
Wyciąg 2 - 1 przejazd- 20 pkt.
Wyciąg 3 - 1 przejazd – 5 pkt.
Kolej linowa -1 przejazd – 30 pkt.
Za niewykorzystane punkty zwrot pieniędzy
Stacja narciarska Polana Sosny w Niedzicy
grafika : www.zzw-niedzica.com.pl
Dojazd:
Samochodem: Na trasie Krościenko- Nowy Targ na wysokości miejscowości Krośnica skręcamy w lewo.( za znakiem na przejście graniczne). Dalej już za znakami bez większego problemu znajdziemy się pod dolną stacją wyciągu.
Rodzaj kolej krzesełkowa 4-osobowa
Czas jazdy 3 min
Długość 780 m.
Wysokość stacji dolnej 456 m n.p.m.
Wysokość stacji górnej 719 m n.p.m.
Różnica wysokości 263 m.
Średnie pochylenie 35%
Zdolność przewozowa 2200 os/h
Opis wyciągu
Długość: 500m i 250 m Przepustowość: 900 os./h Różnica wzniesień 101 metrów Oświetlony Nagłośniony Sztuczne naśnieżanie Ratrak .
Na Lipnik i Haligovce
Jakub Dyda
Krościenko- Szczawnica-przejście graniczne- Leśnica-Wielki Lipnik- Haligovce- Czerwony Klasztor- droga pienińska- przejście graniczne- Szczawnica- Krościenko
Długość: ok. 35 km
Przypuszczalny czas przejazdu: ok 3 h
Nawierzchnia: asfalt, szuter, leśna ścieżka
,, jak żywi" przed karczmą w Leśnicy zdjęcie: źródło własne
Opis: Trasę rozpoczynamy w Krościenku . Przejeżdżamy przez most na Dunajcu. Za przeprawą skręcamy w prawo na tzw. Ścieżkę przyjaźni. Wzdłuż Dunajca, delikatnie się wznosząc zbliżamy się do Szczawnicy. Na wysokości Kotońki skręcamy w prawo – do przejścia granicznego. Tu już ścieżką rowerową nadal wzdłuż Dunajca dojeżdżamy do granicy polsko- słowackiej. Po około 200 metrach skręcamy w lewo ( nie na drogę pienińską, tylko do Leśnicy). Wzdłuż skał delikatnym podjazdem dojeżdżamy do karczmy, mijamy kort tenisowy. Po kilkuminutach dojeżdżamy do Leśnicy, w miasteczku można znaleźć klika klimatycznych miejsc, jezdnia delikatnie pod górę przeciska się między chałupami. Mijamy zabudowania i czeka nas przyjemność prawdziwej wspinaczki. Nachylenie stoku 12 % . Wznosimy się do góry, gdy popatrzymy w prawo, oczom ukazuje się niesamowity widok na pienińskie skały. Po kilkunastu minutach stania na pedałach wdrapujemy się na Tokarne.Tutaj kilka minut odpoczynku, widok inspirujący . Po regeneracji zaczynamy zjeżdżać, można rozwinąć znaczną prędkość. Dojeżdżamy do Vielkiego Lipnika i tutaj ważne - skręcamy w prawo, kierunek na Czerwony Klasztor. Po prawej stronie Pas skałek: Aksamitka, Kozia, Jazvecia, Paluby oraz Bednara. Warto się zatrzymać i zrobić kilka zdjęć. Po około 8 km. wjeżdżamy do miejscowości Czerwony Klasztor. Nagle nad horyzontem pojawiają się Trzy Korony, wizytówka regionu. Dojeżdżamy do Klasztoru, obowiązkowo wchodzimy do środka, napawając się średniowiecznym klimatem. Po zwiedzeniu wszystkich zakamarków,zjeżdżamy do Dunajca. Siadamy na flisackich łódkach. Podziwiając panoramę,karmiąc przepływające kaczki i machając do płynących flisaków spędzamy tak kilkanaście minut. Po tym czasie wjeżdżamy na drogę pienińską i pokonujemy przełom Dunajca. Miejsce niezwykłe również z siodełka. Wyjeżdżamy z przełomu przed granicą. Znowu w Polsce, zazdroszcząc tym, którzy spływali łodziami, podjeżdżamy do przeprawy wodnej. Za jedyne 2 złote przepływamy na drugą stronę rzeki. Już na brzegu, skręcamy w prawo i wydeptaną ścieżką wychodzimy na polanę w Krasie. Wzdłuż linii lasu, po łące dojeżdżamy do szutrowej drogi. Skręcamy w lewo. Po około 2 km, kiedy znajdujemy się w zasadzie nad samym Dunajcem warto się zatrzymać i popatrzyć w górę. Na skale figura Matki Bożej oraz tabliczka z modlitwą. Nabieramy wodę ze źródełka wybijającego dosłownie ze skały. Po przejechaniu kolejnych kilkudziesięciu metrów, na skale krzyż ( w tym miejscu podobno straszy). Na naszej drodze są jeszcze dwie kapliczki, dokładnie oglądamy. W Krościenku wyjeżdżamy na ul. Świętej Kingi. Stąd już tylko kilka minut do krościeńskiego ryneczku. KONIEC
chałupy w Leśnicy zdjęcie: źródło własne
Ocena: +4
Minusy:
1. W sezonie zatłoczona droga pienińska
Plusy:
1.Przełom Dunajca 2.Czerwony Klasztor 3.Wspinaczka pod Tokarne
Wskazówki:
1.Trasa przebiega przez Słowację, dla poczucia bezpieczeństwa warto wykupić ubezpieczenie
Widok z Tokarny zdjęcie: źródło własne
Serwis Pieniny 24 nie ponosi odpowiedzialności za treść poniższych komentarzy. Redakcja zastrzega sobie prawo usuwania i redagowania komentarzy nie związanych z tematem, zawierających wulgaryzmy, reklamy i obrażających osoby trzecie.
Krościenko- Tylmanowa- Zabrzeż- Brzyna- Naszacowice- Olszana- Czarny Potok –Łącko- Krościenko
Jakub Dyda
Długość : 61 km
Przypuszczalny czas przejazdu : ok. 6 h
Nawierzchnia: asfalt, szuter
Wietrznice tor kajakarski zdjęcie: źródło własne
Opis: Naszą wycieczkę zaczynamy na krościeńskim rynku. Jest godz. 9.00. Rzut oka na średniowieczny układ ryneczku. Pod ratuszem kuszą ,"Lody u Marysi". Zamawiamy tradycyjnie za 4 zł. ( "Mieszany bez jagodowego" ;) Zanim wyruszymy w kierunku Nowego Sącza, obowiązkowo zwiedzamy kościółek pod wezwaniem Wszystkich Świętych z XIV wieku. Ok. Krościenko zaliczone, wsiadamy na siodełka. Wyjeżdżamy z miasteczka ul. Jana III Sobieskiego. Ruch samochodów jest spory i to niestety duży minus początku naszej wyprawy. Nie zważając na przelatujące samochody, śmigamy przed siebie. Po prawej stronie jezdni wartki nurt Dunajca. Po około 10 km. dojeżdżamy do centrum Tylmanowej tam przystajemy na chwile, podziwiając kościół z XVIII pod wezwaniem św. Mikołaja . Kilkanaście minut później powoli zmierzamy w kierunku tylmanowskiej Kalwarii na górze Baszcie. Po lewej stronie zostawiamy za sobą pasmo Lubania. Mijamy most na potoku ochotnickim. Zmęczenie niewielkim wzniesieniem w pełni rekompensuje zjazd. Niestety musimy delikatnie zwolnić, kiedy ukazuje się sporych rozmiarów reklama TORU KAJAKOWEGO W WIETRZNICACH. Skręcamy w prawo i szutrem do toru. Warto spędzić na terenie ośrodka kilka minut i rozkoszować się widokiem szalejącej pośród kajakarskich bramek wody. Przechodzimy niewielką śluzą na drugą stronę szukając prawidłowego bieg Dunajca i to kolejne pozytywne zaskoczenie. Dunajec również w tym miejscu wygląda przepięknie. Po Snikersie wracamy na asfalt, wyjeżdżamy z Wietrznic. Po 3 kilometrach kolejna miejscowość - Zabrzeż. Przed kościołem skręcamy na most prowadzący do Zarzecza .Za mostem w prawo. 8 minut później zaskoczenie. Odkrywamy przy drodze niewielki zarośnięty cmentarz. Dobrze że jest przed południem, a nie po północy. Od nekropolii jeszcze jakiś 1 km możemy cieszyć się prostą drogą . Na kolejnym skrzyżowaniu skręcamy w lewo (ważne). Od tego miejsca zaczynamy się wznosić i wreszcie nabierać wysokości. Po kilkuset metrach skręcamy w prawo ( przez chwile możemy kierowaćsię oznaczeniami "do sołtysa"). Dojeżdżamy do niewielkiego placu. Obok przystanku autobusowego niezwykła tablica (przesłanie na jednym ze zdjęć).Później zaczyna się prawdziwa wspinaczka i prawdziwa frajda (jedziemy cały czas w górę, kierując się za oznaczeniem na Brzynę, nie skręcamy do sołtysa). Po około 1,5 km. ostrej walki, nagroda, które zapiera dech w piersiach. Patrzymy zmęczeni na pasmo Lubania. Nikt z nas już nie pomyśli, by narzekać, że zagotował pod górkę. Znajdujemy klimatyczną ławeczkę. Siedzimy i patrzymy, tracąc poczucie czasu. A i zapomniałem, żeby nikt się nie zdziwił, skończył się asfalt i teraz jedziemy bitą drogą. Szczególne wrażenie oprócz panoramy, zrobiły na nas domy. Pierwsza myśl - jak ci ludzie funkcjonują tutaj w ziemie. No ale coś za coś...nie ma hałasu, tramwajów, zatłoczonych ulic, jest za to cisza, spokój i niesamowity klimat. Przejeżdżamy między zabudowaniami. Na rozstaju dróg skręcamy w prawo ( droga w lepszym stanie). Za jakiś czas kolejne rozwidlenie, tym razem jedziemy w lewo. Zaczyna się droga przez gęsty las ( na szczęście nie przez mękę ).Kilkanaście minut później kolejne zabudowania, skręcamy delikatnie w lewo. Znowu czeka nas niespodzianka, tym razem podziwiamy Beskid Sądecki, z dumną Przechybą na czele.Tutaj nasza trasa na chwile łączy się z żółtym szlakiem ( można nim dojść z Krościenka przez Dzwonkówkę, Błyszcz do Łącka). Szlak w pewnym momencie ucieka ostro w lewo, a my w prawo. Zaczynamy zjeżdżać. Znowu zaczyna się asfalt. Suniemy dobrych kilkanaście minut w dół do Jazowska. Znowu spotykamy się z naszym starym przyjacielem Dunajcem. Przy głównej drodze skręcamy w prawo, w stronę Nowego Sącza. Droga przyjemna szerokie pobocze pozwala na miarę komfortową jazdę. Dojeżdżamy do kolejnego skrzyżowania. Droga w prawo przez most ucieka na Stary Sącz. A my jedziemy prosto trzymając się kierunku na Czarny Potok (do sanktuarium). Kilkaset metrów znajduje się znak - Czarny Potok w lewo. Tutaj znajduje się spory supermarket, jeśli czegoś nam zabrakło, można uzupełnić. Po 8 kilometrach delikatnego podjazdu wjeżdżamy do Czarnego Potoku. Miejsca znanego przede wszystkim z cudownego obrazu Matki Boskiej Bolesnej, znajdującego się w miejscowym sanktuarium. Przed kościółkiem jest pomnik papieża Jana Pawła II. Drzwi do kościółka okazują się otwarte, niestety przed nami wyrasta krata i nie można wejść. Obchodzimy sanktuarium i szczęście, które nam sprzyja i tym razem daje znać o sobie. Tylne wejście jest otwarte. Wchodzimy do środka, faktycznie to miejsce jest niezwykłe. Po duchowych przeżyciach, chwila odpoczynku i podjeżdżamy pod wzniesienie prowadzące do Łącka. Po ok. 1 km podjazdu, zjeżdżamy do miejscowości słynącej ze śliwowicy. "Daje krzepę, krasi lica nasza łącka śliwowica”. Przejeżdżamy przez Centrum i skręcamy w prawo, w stronę Krościenka. I tutaj w telegraficznym skrócie po 3 km Zabrzeż i znane nam już tereny ( w Zabrzeży pomnik na cześć poległych w II wojnie światowej ). 3 km dalej Wietrznice, Tylmanowa, Kłodne (po lewej stronie rezerwat, piękny zawsze a olśniewający jesienią) i Krościenko. Zmęczeni znowu jesteśmy na krościeńskim ryneczku.
Cmentarz w Zarzeczu zdjęcie: źródło własne
Ocena : 4
Minusy:
1. Spory ruch na odcinku Krościenko- Zabrzeż , Łącko - Krościenko
Plusy:
1. trasa różnorodna pod względem widokowym
2. Widok z Brzyny warty jest grzechu
3.Sporo na trasie zabytków ( Kościoły w Krościenku i Tylmanowej, Sanktuarium w Czarnym Potoku)
Lubań z Brzyny zdjęcie: źródło własne
Serwis Pieniny 24 nie ponosi odpowiedzialności za treść poniższych komentarzy. Redakcja zastrzega sobie prawo usuwania i redagowania komentarzy nie związanych z tematem, zawierających wulgaryzmy, reklamy i obrażających osoby trzecie.
Teksty i zdjęcia opublikowane w serwisie www.pieniny24.pl są chronione prawem autorskim. Wykorzystanie materiałów możliwe wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody Redakcji